Zepsuta tarcza (z okazji Dnia Nauczyciela 2018)

with Brak komentarzy

Zepsuta tarcza

 

Była jesień. Ta złota sypiąca kasztanami pod nogi, pełna astrów, chryzantem, kolorowych liści i jarzębiny. Tego dnia, jak zwykle uzbrojona w kijki do nordic walking wybrała się na spacer. Za każdym razem wybierała inną trasę, a dziś poszła trasą sprzed lat: obok domu, gdzie kiedyś mieszkała, szkoły i pływalni. Wszystko się tu  zmieniło nie do poznania. Placyk przed szkołą, który w tamtych czasach wydawał mi się taki duży, dziwnie zmalał. Dziś rosną tam wielkie drzewa.. Przypomniała sobie jak szła tędy po raz pierwszy do szkoły, za rękę z dziadkiem. Powróciły wspomnienia.

Nie mogła w nocy zasnąć. Przyszedł wrzesień i nazajutrz miała rozpocząć się jej szkolna przygoda. Martwiła się, że rano będzie zaspana i nie da rady wstać. A potem już tylko ostry i przenikliwy dźwięk budzika. Zerwała się z łóżka. Dzisiaj dziadek zaprowadzi ją do szkoły po raz pierwszy. Nie miała daleko. Jakby się tak dobrze wychylić z balkonu mogła ją zobaczyć wśród innych budynków. Duży, jak na szkołę, nieotynkowany dom z czerwonej cegły. Dziurawy od pocisków mur – pozostałość ostatniej wojny. W dziurach było pełno wróbli, które wiosną zakładały tam gniazda i głośno ćwierkały. Po drodze była dość ruchliwa ulica, potem dom w którym mieszkała Baśka, podpierany, przez pijanych stójkowych, niczym przez przypory, potem znowu ulica tylko mniejsza, którą też jeździły samochody.

Pan dyrektor długo przemawiał, witał wszystkie dzieci, zebrane w sali gimnastycznej. Szczególnie ich – pierwszaków. Poprosił , żeby wyjęli chusteczki do nosa. Wszystkie były elegancko wyprasowane, złożone na cztery, świeżutkie tak jak i bluzeczki wyjątkowo białe i świeże tego pierwszego dnia szkoły.

A potem trzeba było na każdym rogu tej chusteczki wiązać supełki, żeby dobrze  pamiętać. O tym, gdzie jest szkoła, żeby zawsze do niej trafić – pierwszy supełek, o tym że w szkole trzeba się uczyć – drugi supełek… Trzeci miał nam przypominać o naszym bezpieczeństwie w drodze do szkoły. Mieliśmy stawać i bacznie się rozglądać przed każdą ulicą i czwarty – ostatni, o byciu dobrym kolegą. A potem miała dostać swoją pierwszą w życiu tarczę szkolną. Stała na początku długiego szeregu pierwszaków. Podekscytowana tym, że za chwilę odbierze ją z rąk dyrektora.  Ale jej tarcza miała skazę – ślad po czarnej gumce, którą była spięta z innymi, i która odcisnęła się na niej. Gdy ją zobaczyła zrobiło jej się gorąco, oczy zwilgotniały. Podświadomie czuła, że ta uszkodzona tarcza może kiedyś nie spełnić swojego zadania. Zadania tarczy. Uważała to za wielką niesprawiedliwość, że ta pierwsza, brzydka  tarcza przypadła właśnie jej. I również to, że właśnie tę tarczę, jej nieświadoma niczego mama przyszyła potem do fartuszka.

Mijały dni. Przyszły szare i smutne,  mokre od deszczu. Padało od tygodnia. Siedziała z nosem przy szybie i patrzyła na zapłakany świat. Ucieszył ją pierwszy promień słońca, który nieśmiało wpadł do pokoju. Dziś w ramach eksperymentu, po raz pierwszy pójdzie do szkoły sama. Tak ustaliła jej mama z dziadkiem. Rozpierało ją jakieś dziwne podekscytowanie, bliżej nie uzasadniona euforia, która najpierw nie pozwalała jej zasnąć a teraz zbudziła za wcześnie. Wzięła dawno spakowany tornister, jeszcze raz sprawdziła czy jest wszystko, co potrzeba: zeszyty, elementarz, kredki i blok rysunkowy, plastelina, drewniany piórnik i drugie śniadanie. Ubrała się i gotowa do wyjścia stanęła przed dziadkiem. Dziadek jeszcze przez chwilę kręcił się niespokojnie, wreszcie powiedział:

-Pamiętaj Moniczko, żeby nie przebiegać przez ulicę. Zanim wejdziesz na jezdnię trzeba się rozejrzeć, czy nie nadjeżdża samochód.

– Och wiem, wiem mówiłeś mi sto razy. Trzeba spojrzeć w lewo, potem  w prawo i jeszcze raz w lewo, a potem, jeśli nic nie jedzie można przejść na drugą stronę.- wyrecytowała jednym tchem. Poszła potem machając workiem z juniorkami i podśpiewując. Teraz, po latach, gdy o tym myślę budzi się wspomnienie komuny. Juniorki – wyjątkowo brzydkie ortopedyczne obuwie sportowe, które po kilku tygodniach używania zmieniały kształt na bezkształtny, nosiły przez pewien czas wszystkie dzieci. Także eleganckie czarne fartuszki obszyte falbanką zastąpiły paskudne, niebieskie z tworzywa sztucznego, z rękawami i białym kołnierzykiem,  zapinane na guziczki.

Dziadek Moniki wybiegł za nią już po paru minutach, gdy tylko przestał ją widzieć z balkonu. Widziałam go jak szedł szybko i niestosując się do zasad przebiegł przez ulicę. Potem ukrył się za parasolem, mimo słonecznej pogody.  Elegancki około sześćdziesięcioletni  pan w kapeluszu. Nieomal go zobaczyła , kiedy przechodząc obok domu Baśki obejrzała się za siebie.  Pozdrowiłam go z daleka, a on ukłonił się, uniósł lekko kapelusz i poszedł dalej.

Było ich dziewiętnaścioro w klasie tzw. eksperymentalnej. Bawili się w harcerstwo a raczej w drużynę zuchową, w zdobywanie sprawności: pielęgniarki, prawnika,  górnika, policjanta, ogrodnika… a ona była najmłodsza w klasie. Rozpoczęła naukę rok wcześniej niż inne dzieci. Była zdolnym dzieckiem. Umiała już czytać kiedy przyszła do szkoły, i wydawało się, że wychowawczyni posiada wielką cierpliwość, pozwalając jej łazić po klasie podczas lekcji, podchodzić do innych dzieci, zaglądać im do zeszytów…  A może traktowała ją pobłażliwie, ze względu na jej matkę, swoją koleżankę, z którą kiedyś razem pracowały.

Tego dnia było pochmurno ale jeszcze nie padało. Lekko podziębiona czekała w świetlicy aż jej koleżanki wrócą z pływalni.  W końcu, znudzona czekaniem wyszła im naprzeciw. Tak jak stała. Nie była to mądra decyzja biec w kapciach po mokrym chodniku w fartuszku szkolnym, który przy każdym podmuchu wiatru powiewał jak sztandar. Tu ją spotkałam i dalej poszłam za nią tak jak dziadek, który czuwa cały czas, żeby wnuczce nie stała się krzywda. Zwolniła przed pierwszą ulicą , rozejrzała się i przeszła przez jezdnię. Teraz był do pokonania długi chodnik wzdłuż budynku z wystawami , a na końcu kolejna ulica.  Przeskakiwała kałuże i wpadła jedną nogą w wodę. Kapeć przemókł natychmiast, ale ona parła do przodu, w miejscu, gdzie dziś są pasy i światła drogowe, stanęła przy przejściu dla pieszych. Tak jak ją nauczono spojrzała w lewo, w prawo i jeszcze raz w lewo, przepuściła nadjeżdżający samochód i pewnym krokiem przeszła na drugą stronę. Nie wiedziała, że ją pilnuję.

Wreszcie ich zobaczyła. Serce zaczęło mocniej bić. Czuła tylko radość z tego spotkania. Kilkoro dzieci idących z przeciwka na jej widok zaczęło  krzyczeć i machać wypchanymi po brzegi plastikowymi torbami. Potem krzyk dobiegał już z kilkunastu gardeł i ucichł dopiero, gdy zbliżyli się do niej. Stałam obok, przez chwilę chciałam się odezwać, powiedzieć, że towarzyszę jej od samej szkoły ale wycofałam się by uniknąć niepotrzebnych pytań. Była zdziwiona taką reakcją grupy. Spodziewała się, że ucieszą się na jej widok, tak jak ona ucieszyła się gdy ich zobaczyła..

– Monika! A co ty tutaj robisz zamiast siedzieć w szkole. Już ja porozmawiam z twoją mamą! –powiedziała wychowawczyni.

Jeszcze tego samego dnia, zgodnie z panującą modą,  nastąpiła eksperymentalna rozprawa z podziałem na role, która stała się pretekstem dla kilkorga dzieci do zdobycia sprawności prawnika. W specjalnie ustawionych ławkach zasiadał prokurator i sędzia i kilku świadków oskarżenia, którzy z całą pewnością widzieli jak oskarżona przebiegała przez jezdnię. Tylko adwokat jakiś taki niemrawy nie wiedział że to tylko ja jestem świadkiem nienagannej postawy oskarżonej na przejściu dla pieszych. Było mi jej szkoda, bo przecież nie wiedziała jak się obronić. Mała dziewczynka z uszkodzoną tarczą przyszytą do fartuszka. Nie obroniła jej.   Tylko ja wiedziałam jaką miała pustkę w głowie i jak było naprawdę. A jednak nie zrobiłam nic by jej pomóc.

– Proszę wstać! Sąd idzie ..-  zawołał Sławek. Wszystkie dzieci wstały ze zgrzytem odsuwając krzesła. Marek, klasowy prymus w roli sędziego, ubrany w długi czarny płaszcz, wkroczył uroczyście do klasy i powiedział:.

-Proszę prokuratora o zabranie głosu….

 

Leave a Reply